Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
76 postów 2944 komentarze

Dług publiczny

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Kilka moich przemyśleń i jeden apel, odnośnie potrzeb pożyczkowych państwa.

 

 

 

 

 

 

Przyznam, że ilekroć słyszę (bądź czytam) zwrot „potrzeby pożyczkowe państwa” mam ochotę się roześmiać. 

Co to są potrzeby pożyczkowe?

Jeżeli ktoś chce kupić samochód lub mieszkanie nie mając oszczędności, ewentualnie staje przed nim konieczność jakiś nieplanowanych wydatków, to można powiedzieć, że ma on potrzeby pożyczkowe dla sfinansowania tego. 

Decyzja zaciągnięcia pożyczki oznacza, że woli zapłacić w przyszłości więcej za otrzymany dzisiaj towar, niż gdyby miał za ów towr zapłacić już dzisiaj. 

 

Oznacza to, że będzie musiał poświęcić więcej pracy, wysiłku aby otrzymać ten towar już dzisiaj, niż musiałby poświęcić, gdyby zdecydował się poczekać pewien okres czasu. 

Ale nie koniecznie musi to być więcej pracy. Bo jeżeli ów towar jest dobrem kapitałowym, które pozwoli mu zwiększyć wydajność tej pracy, to może się okazać, że przeciwnie - wystarczy mu mniejsza ilość wysiłku aby zapłacić za ów towar w przyszłości. 

 

A skąd się bierze ów towar dostarczony mu obecnie? Ano, ktoś musiał włożyć swój wysiłek  wcześniej, a satysfakcję związaną z posiadaniem tego dobra (albo innego uzyskanego w drodze wymiany) odłożyć na przyszłość. 

W jego decyzji pomógł mu fakt, że to co otrzyma w przyszłości będzie miało wyższą wartość - o tyle, o ile więcej zgodził się zaoferować pożyczkobiorca. 

Czyli o pewien procent. 

 

Tak więc, człowiek który ma potrzebę pożyczenia pewnej ilości środków (czyli zwiększyć swoją satysfakcję - swoje wydatki, ponad to, co wynika z ilości wypracowywanych obecnie środków),  musi mieć również świadomość, że w przyszłości będzie musiał czerpać mniej satysfakcji niż by to wynikało z wypracowanych w przyszłości środków - krótko mówiąc będzie musiał mniej wydawać niż zarabia. Właśnie dlatego, że dzisiaj wydał więcej. 

 

Czy powiemy wobec tego, że ktoś zarabiający np. 1500zł miesięcznie, i nie mający widoków na większe dochody,  a potrzebujący wydawać 1800zł miesięcznie, ma potrzeby pożyczkowe w wysokości 300zł miesięcznie? Czyli każdego miesiąca musi pożyczać 300zł plus obsługa poprzedniego zadłużenia?

 

Przecież to nonsens!!!  On ma potrzebę dostosowania wydatków do dochodów - czyli albo zwiększenia dochodów albo zmniejszenia wydatków. 

O jego potrzebie pożyczkowej moglibyśmy mówić tylko wtedy, jeżeli miałby na widoku zakup jakiegoś dobra kapitałowego, dzięki któremu spodziewałby  się wzrostu dochodów. 

 

Gdyby ów człowiek pożyczył określoną sumę na wspomniane dobro kapitałowe i obsługa tego długu wynosiłaby np. 200zł miesięcznie, to musiałby (przy niezmniejszonych wydatkach) uzyskać przy pomocy tego dobra kapitałowego - narzędzia, maszyny... dochód co najmniej 2000zł miesięcznie. 

Jeżeli popełnił błąd i okaże się, iż to dobro kapitałowe nie zwiększyło dochodu w spodziewanym stopniu i zarabia teraz np. 1900zł a nie 2000zł, to taki fakt nie oznacza, że zaczął mieć „potrzeby pożyczkowe w wysokości 100zł miesięcznie lecz oznacza to, że musi zmniejszyć wydatki do 1900zł miesięcznie. 

 

Każdy kto tego faktu nie uznaje jest po prostu idiotą. I w przypadku brnięcia tą drogą powinien ponieść efekty swojej głupoty a inny potencjalni idioci powinni uczyć się na jego błędach. 

 

 

 

 

Przenieśmy teraz tą analizę ze skali jednostki na skalę państwa. 

 

Czy państwo może mieć potrzeby pożyczkowe?

 

Gdybyśmy uznali, że urzędnicy państwowi są w stanie poczynić pewne inwestycje, które przyniosą korzyść wszystkim (powiedzmy infrastrukturalne), to oczywiście można by uznać, że państwo może wypuścić obligacje na ten właśnie cel i zaspokoić w ten sposób takie potrzeby pożyczkowe. 

Ale trzeba sobie zdać sprawę, że jeżeli te inwestycje nie spełnią pokładanych nadziei i wpływy podatkowe związane ze wzrostem efektywności nie pokryją kosztów obsługi tego długu, zaciągniętego czy to u własnych obywateli, czy to u podmiotów zagranicznych, to trzeba będzie albo zmniejszyć inne wydatki państwa, albo zwiększyć podatki - czyli wszyscy będą musieli ponieść skutek tych błędów. 

 

I tu jest pewien problem. Bo jeżeli będzie to robił (np. budował tą infrastrukturę) prywatny przedsiębiorca, to jeśli inwestycja nie okaże się sensowna, koszty poniesie on sam, oraz ewentualnie posiadacze jego obligacji. Czyli wyłącznie jednostki dobrowolnie w tym uczestniczące i mające świadomość ryzyka. 

Natomiast w przypadku państwa to ryzyko przerzucane jest na wszystkich. Wszystkich oprócz ludzi u władzy - którzy faktycznie o kształcie tej inwestycji decydują. 

 

Pytanie - w którym przypadku szanse na rzetelne i sensowne decyzje jest większa?

 

Inna sprawa, że przy obecnym kształcie systemu bankowego obligacje 

mogą być kupowane z kredytów które zostały udzielone na bazie wyemitowanych dodatkowo pieniędzy, do tego w ilości o wiele większej niż ta emisja. 

A więc faktycznie  tak czy inaczej nie będzie finansowania wyłącznie przez tych, którzy posiadają oszczędności. 

 

Ale system bankowy to inna kwestia. Gdybyśmy mieli normalną bankowość polegającą wyłącznie na pożyczaniu  realnych i dobrowolnych oszczędności a nie wykreowanych pieniędzy, to tego typu inwestycje czynione przez rząd byłyby finansowanie właśnie przez oszczędzających, a jedynie w przypadku niepowodzenia inwestycjii - przez wszystkich podatników. 

A w przypadku prowadzenia tych inwestycji przez przedsiębiorców, podatnicy nie byliby zmuszani do ponoszenia ryzyka w ogóle. Jedynie ci, którzy dobrowolnie kupili obligacje, lub pożyczyli bankowi pieniądze. 

 

 

Jednak te wyjątkowe sytuacje pożyczania przez państwo pieniędzy z przeznaczeniem na pewne specyficzne inwestycje, przynoszące zyski wszystkim itd... nie mają związku z tym, co robią obecne „demokratyczne” państwa. 

To co się zwykło mylnie  określać „potrzebami pożyczkowymi” państwa to po prostu różnica pomiędzy wydatkami a przychodami państwa. 

 

Tak więc, raz w roku zbierają się parlamentarzyści i debatuja nad tym o ile więcej chcą  wydać niż można zebrać w podatkach. 

Bo taka została przyjęta filozofia finansowania wydatków państwa - że utrzymywanie permanentnego deficytu jest korzystne. Bo przecież istnieje mnożnik inwestycyjny odkryty przez Lorda Keynesa, który mówi naszym przywódcom, że im więcej wydatków budżetowych tym większy dobrobyt. I to nawet bez względu na to, czy te wydatki mają sens ekonomiczny czy nie. 

 

Skutek takiego myślenia nie jest trudny do przewidzenia. 

 

Przez ostatnie 20 lat dług publiczny wzrósł z ok 100mld do biliona PLN

 

Około 1/3 tych pożyczek zostało zaciągnięte za granicą pozastała część u obywateli polskich. 

 

Na przestrzeni tych 20 lat nie było takiego okresu w którym próbowano by w jakikolwiek sposób zmniejszać rozmiar tego zadłużenia. 

Każdego roku planowane są wydatki budżetowe wyższe niż dochody. Zaciągnięte wcześniej zobowiązania są spłacane wyłącznie z nowych pożyczek i zawsze dodatkowo zaciągane sa pożyczki na finansowanie kolejnych wydatków budżetowych. 

 

Mamy więc do czynienia z sytuacją jaką opisywałem na przykładzie indywidualnych ludzi polegającą na zbyt małych dochodach w stosunku do potrzeb, a więc czymś, czego nie można nazwać „potrzebą pożyczkową”. 

Mamy potrzebę dostosowania wydatków do przychodów. 

Mamy potrzebę zwiększenia dochodów lub/i zmniejszenia wydatków. 

Pamiętamy jak nazwaliśmy człowieka, który taką potrzebę nazywa „potrzebą pożyczkową” i zgodnie z tą przyjętą filozofią zadłuża się permanentnie?

 

Dlaczego w przypadku pańśtwa ma być inaczej?

 

A jaki jest stosunek polityków do tej sytuacji?

 

Jedynym politykiem, który postuluje zaprzestanie tej bandyckiej działalności jest Korwin-Mikke, który w sejmie I kadencji  apelował o wpisanie do Konstytucji zakazu uchwalania budżetu z deficytem. Wszyscy zagłosowali przeciw, łącznie z Balcerowiczem, który teraz załamuje ręce i wskazuje palcem na zegar zadłużenia. 

 

Pozostali politycy zachowują się, jakby w ogóle tego  nie zauważali. 

Nie widzą problemu w tym, że Polska samego długu zagranicznego ma już ok 300mld. 

Udają też, że nie widzą problemu w zadłużaniu się u polskich rezydentów. A przecież skoro oprocentowanie obligacji jest wyższe niż kredytów, to wiadomo, że zakupy obligacji będą finansowane kredytami w zagranicznych bankach.  A więc faktycznie to zadłużenie zagraniczne powodowane pożyczaniem pieniędzy przez pańśtwo jest o wiele większe. 

Co więcej, te zobowiązania państwa są podstawą do kreacji pieniądza i zwiększania „akcji kredytowej”, a to co prawda, zwiększa wskaźniki wzrostu produkcji (potrzebne przecież aby do nich odnieść wielkość długu), ale zaburza prawidłową strukturę produkcji wywołując cykliczne kryzysy i z pewnościa nie jest czynnikiem zwiększającym realny dobrobyt ludzi. 

 

Czy rzeczywiście ci politycy i ekonomiści są tak naiwni, aby sądzić, że takie długi można zaciągać w nieskończoność. Albo, że zostaną ot tak, darowane bez żadnych konsekwencji?

Że dłużnicy nie będą chcieli nic w zamian? 

 

Przypomnijmy, że wartość samych pożyczek zagranicznych to mniej więcej jeden budżet, a wszystkie pożyczki to trzy roczne budżety Polski. 

 

NIe! Politycy nie są naiwni. Oni są wyrachowani. Oni wiedzą, że problemy, które wywołują teraz, nie będą dotyczyć ich. 

Po pierwsze, oni w ogóle odpowiedzialności nie będą ponosić, bo po odejściu z polityki znajdą sobie posady u tych, którym robili dobrze pożyczając od nich te sumy. Spłacać będą podatnicy i to jest ich problem. 

 

Po drugie ich wysiłki skupiają się na tym, aby Polska utrzymała odpowiedni rating i mogła jak najdłużej zwiększać ten dług. Jeżeli uda się to przeciągnąć odpowiednio długo, to ów problem nie będzie dotyczył nawet ich pokolenia. I o to im przecież chodzi. 

 

Tak więc, to nie politycy są głupi. Oni, jak pisałem są wyrachowani. 

Głupi są wyborcy, którzy na nich głosują. Bo głosują za tym, żeby, jak nie oni sami to ich dzieci, musiały stanąć przed problemem spłacenia niemożliwego do spłacenia długu. 

 

Jeżeli indywidualny człowiek pożyczy tyle, że jego bieżące dochody nie wystarczą na bieżącą obsługę długu, to jego majątek jest przejmowany przez dłużników i tyle. 

 

W przypadku mniejszych państw, nie mających silnej armii może być podobnie. Ale nawet jeśli nie, to nie mogą one liczyć na anulowanie długów bez poświęcenia czegoś, co może zrekompensować wierzycielom ich stratę. Na przykład zrzeczenie się części suwerenności na ich rzecz.

 

Podsumowując, chciałbym w związku z powyższym pogratulować wszystkim, którzy rokrocznie w powszechnych wyborach głosują za tym, aby dać prawo, pewnej grupie ludzi, do zaciągania zobowiązań w imieniu nas wszystkich (bez ponoszenia samemu jakiejkolwiek odpowiedzialności), gratuluję tym wszystkim, którzy chcą aby ich dzieci znalazly się w sytuacji oddania w niewolę u wierzycieli, bez żadnych perspektyw i szans na normalne życie. 

 

Gratuluję również tym, którzy bronią prawa władzy do uchwalania wydatków budżetowych na wyższym poziomie niż wpływy z podatków i postulują uzupełnianie tej różnicy dodrukiem pustego pieniądza. 

Skoro pańśtwo nnie jest w stanie odebrać ludziom więcej niż połowę dochodów, pomimo iż  usilnie próbuje, a wydać chciałoby więcej; to co ma w takiej sytuacji zrobić? 

To proste - mówią ci geniusze!

Wystarczy dodrukować, a więc odebrać jeszcze więcej podstępem. Podstępem, bo dodruk pieniądza to też podatek tyle, że podstępny, ukryty. 

 

Czy to na prawdę tak trudno zrozumieć, że jeżeli (załóżmy, że tak jest chociaż to nieprawda) społeczeństwo ma pewne potrzeby mogące być zaspokojone wyłącznie poprzez wydatki budźetowe, czyli inaczej mówiąc; społeczeństwo potrzebuje odpowiedniej ilości dóbr i usług rozdysponowanych przez pańśtwo, to to społeczeństwo MUSI te dobra w takiej ilości wytworzyć i przekazać państwu, aby je mogło rozdysponować. 

Jeżeli społeczeństwo nie jest w stanie takiej ilości wytworzyć i przekazać na rzecz państwa, to znaczy, że państwo nie może ich rozdysponować. 

 

I KONIEC! 

 

Nic nie zmienią czary w postaci dodruku , pożyczek, i innych fiskalnych kombinacji. 

 

Dodrukowanie pieniędzy, to odebranie ludziom tych dóbr teraz, a zaciąganie długów, to odebranie dóbr w przyszłości, 

A skoro ludzie nie mogą przekazać więcej dóbr i usług do rozdysponowania - dzisiaj, to jak można zakładać, że będą to chcieli robić w przyszłości. 

Zaciąganie takich długów to zwykłe złodziejstwo wobec przyszłych pokoleń.

 

OPAMIĘTAJCIE SIĘ LUDZIE!!! O TO DO WAS APELUJĘ. 

KOMENTARZE

  • Czy politycy nie są naiwni?
    Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, gdyby politycy naprawdę byli wyrachowani. Tacy wyrachowani politycy rozumieliby kalkulację ekonomiczną - byłaby to wtedy płaszczyzna, na której dało by się wykazać że marnowanie zasobów powoduje straty także dla nich, nawet pomimo doraźnych korzyści z łapówek jakie osiągają. Szczególnie, że wraz ze wzrostem zamożności polityków zmniejszał by się ich poziom preferencji czasowej.

    Wydaje mi się, że politycy podobnie jak wyborcy, nie stawiają spraw gospodarczych na pierwszym miejscu. Ważniejsze od gospodarki są różnego rodzaju idee - sprawiedliwość społeczna, rozwarstwienie społeczne, wyzysk najuboższych, powszechna tolerancja, niepodległość, wiara. A to powoduje, że marnotrastwo zasobów jest traktowane jako inwestycja dająca zwrot w postaci realizacji tych właśnie idei. Istnienie długu publicznego jest w takim przypadku niewiele znaczącym kosztem.
    Takie podejscie objawia się także w powszechnej etyce, która za dobrego człowieka uzna kogoś kto poświęcił wszystko dla innych, natomiast za zło uznaje egoizm, dbanie o własne interesy.
    Jest zresztą bardzo dobry przykład obecnej kanclerz Niemiec, która stara się przynajmniej nie powiększać długu publicznego. Jak jest ona oceniania przez ludzi - jako drugi Hitler, którego celem jest dominacja nad całą Europą.
  • @programista 13:45:56
    To spójrz na Drzewieckiego, żyje sobie jak pączek w maśle gdzieś w Stanach chyba i co go obchodzi zadłużenie Polski.

    Albo Danuta Hibner, Lewandowski, co ich obchodzą długofalowe efekty tego co zrobili. Zrobili majątek Parę milionów Euro czy nawet parędziesiąt, ich dzieci i rodziny są ustawione. A gdyby wprowadzili wolnorynkowe reformy, to co by z tego mieli? Musieliby konkurować z innymi przedsiębiorcami, bo jako urzędnicy zawodowi nie byliby potrzebni.

    Przeprowadzili staranny rachunek ekonomiczny. Zapewne już w trakcie rozmów stowarzyszeniowych mieli dokładne obietnice i zaplanowaną przyszłość. I teraz czekają spokojnie na upadek systemu bankowego i rozpad Unii i też mają już plan na przyszłość.
  • Autor.
    Witam. dzieki za ten artykuł, ale niewiele ludzi go zrozumie, bo badania wykazały, że ok 50 % naszego społeczeństwa NIE ROZUMIE PROSTEGO PRZEKAZU Z TV I GAZET!!! Jest to tragedia, bo takie społeczeństwo matołów w 50 % nie jest w stanie zrozumieć, jak złodzieje , aferzyści i zdrajcy manipulują nimi i sprzedają bezczelnie KIT!!! Na szczęście jest internet i każdy, kto zna dobre portale, gdzie mozna poczytać PRAWDĘ, może zdobyć wiedzę!!! A wiedza, matka i Ojczyzna są najdroższe na świecie!!!Na szczęście, ta sytuacja się zmienia, bo coraz więcej młodych ludzi
    widzi , słyszy i czuje, że żyje w jakimś matrixie i państwie typu BATUSTAN!!!
    To oni będą ten bantustan czyścić i zmieniać, bo inaczej będą żyli w jeszcze gorszym syfie!!!
  • @imran 15:08:18
    Czy ci politycy o których szanowny Pan wspomina bardzo wpływają na wyborców? Czy przemawiają w mediach i namawiają do głosowania na siebie?

    O istnieniu takich polityków wyborca dowiaduje się dopiero podczas ujawnienia jakiegoś marnowania pieniędzy podatników.
  • @programista 15:43:49
    Na pewno większość parlamentu, tych mało wpływowych posłów, służących tym mądrzejszym jako maszynki do głosowania, to są zwykłe matoły, które nie rozumieją skutków tego co robią. Ale liderzy na pewno wiedzą co robią i po co.
  • Autorze, opamiętaj się!!!
    Gospodarka będąca żydowskim żerem, obciążana podatkiem inflacyjnym i podatkiem przyrostowym (haracz za możliwość używania pieniędzy) nigdy nie dostarczy wystarczającej ilości dóbr ani dla obywateli ani dla budżetu.
    Dla kogo pracujesz???
  • @nikander 20:31:43
    No i jaka konkluzja? Ja piszę, że zadłużanie się państwa (u żydowskich bankierów między innymi) nie jest rozwiązaniem tego co napisałeś. Uważasz, że jest?
  • @imran 20:38:53
    Pokazałem problem, który wymaga rozwiązania. Być może musi pójść na noże. Po zrzuceniu tego garba odsetkowego żadne pożyczki od banksterów nie byłyby potrzebne.
  • @imran 15:49:15
    Feliks Koneczny przedstawił ciekawy pogląd na kwetię etyki i ekonomi:
    "Znaczna część mieszkańców ziemi mniema, jako najlepszym sposobem na zapobieganie ubóstwu jest zapobieganie bogactwu. Pozostaje to w związku z dwoma zasadniczymi zagadnieniami ekonomicznymi: o stosunek produkcji do konsumpcji, a podaży do popytu. W niektórych społecznościach (murzyni afrykańscy, Jakuci, mieszkańcy Ziemi Ognistej) nie wolno produkować ponad osobistą potrzebę, żeby nie tworzyć bogactw. Oczywiście przy takim systemie ustala się minimalna skala „potrzeby" i zakorzenia się powszechna nędza, na którą nie ma rady, póki się nie zmieni ich zapatrywania na wymienione zagadnienia. Nie wszędzie tedy cieszy się praca wolnością, a przymusowe jej ograniczanie starsze jest od socjalizmu i nie stanowi bynajmniej wynalazku europejskiego nowoczesnego ustawodawstwa. Jak widać z tego, kwestia „sprawiedliwego rozdziału dóbr" może być rozwiązywana także i w taki sposób, ażeby nie było tak dalece z czego rozdzielać. W imię sprawiedliwości społecznej rujnują murzyni łany bananów sąsiadowi, który zasadził ich według ich zdania więcej, niż „potrzebuje". I znowu na dnie sprawy kryje się pogląd etyczny."
    W takim podejściu potrzeba pożyczkowa jest rozumiana jako potrzeba posiadania tego samego co mają inni, czyli potrzeba podniesienia poziomu minimalnych potrzeb. Pożyczka w takim przypadku nie jest w żaden sposób związana z koniecznością zwrotu.
  • @programista 14:58:17
    Też się nad tym zastanawiałem.
    No bo co to znaczy bogactwo, dobrobyt?
    Jest to oczywiście poziom możliwości zaspokojenia swoich potrzeb.
    Czyli człowiek odczuwa swój stan jako stan dobrobytu tym bardziej im większą część odczuwanych potrzeb jest w stanie zaspokoić.

    Ale z kolei każdy odczuwa tym więcej potrzeb im więcej widzi ludzi, którzy zaspokajają jakieś potrzeby z których on sobie wcześniej nawet nie zdawał sprawy.

    Czyli człowiek mieszkający wśród takich samych biedaków jak on, będzie odczuwał swój dobrobyt jako zadowalający o ile będzie widział dookoła ludzi których dobrobyt, dobrostan jest na podobnym poziomie.

    Ale ten sam człowiek przeniesiony do innego środowiska, gdzie będzie miał nawet dwa razy większe możliwości zaspokajania potrzeb, może odczuwać bardzo dotkliwe ubóstwo jeżeli tylko zauważy, że inni mają wielokrotnie większe możliwości w tym względzie niż on.
    Bo żyjąc w tym środowisku odkryje tysiące potrzeb z których wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy.

    Więc być może wzrost bogactwa rzeczywiście paradoksalnie może zwiększyć ubóstwo ludzi (subiektywnie odczuwane) na skutek wzrostu nierówności.
    Pomimo że obiektywnie ich dobrobyt wzrośnie.

    Czyli wzrost nierówności może powodować obiektywny wzrost dobrobytu również tych najbiedniejszych, ale subiektywnie oni mogą odczuwać spadek dobrobytu.

    I teraz najważniejsze jest, aby system był tak skonstruowany, żeby ci biedni nie tylko widzieli nierówność, ale żeby widzieli, że to w którym miejscu na tej drabinie nierówności się znajdą zależy tylko od nich i że droga do przejścia na inny poziom nie jest dla nich zamknięta.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

ULUBIENI AUTORZY